Jerzy Mania z Bojanic poznał swoją przyszłą żonę Bronisławę w miejscowej cegielni. Pracowali tam niemal zaraz po szkole. A praca była naprawdę ciężka, bo cała produkcja odbywała się ręcznie. Jako nastolatkowie zaczynali więc od lżejszych robót, ale później poznali każdy etap wytwarzania cegieł. Pani Bronisława przepracowała w cegielni 13 lat.
Gospodarstwo, w którym od urodzenia mieszka pan Jerzy kupił jego dziadek w 1900 r. Wtedy miało zaledwie 2 hektary ziemi i niewielki domek z gliny. Później dziadek dokupił jeszcze 4 hektary gruntu i hektar łąki oraz postawił nowy dom, już z cegły. Tam wychował się ojciec pana Jerzego, a potem on z siostrami. Do dziś więc jest w rodzinnym domu swoich przodków. Co prawda na miejscu dziadkowego budynku pan Jerzy postawił już swój, ale ciągle jest to ten sam adres w Bojanicach.
Pani Bronisława z uśmiechem mówi, że nigdy nie chciała zamieszkać na gospodarstwie. Pochodzi ze Świerczyny i choć rodzice pracowali w Spółdzielni Produkcyjnej, sama nie nauczyła się pracy na roli. Ale los zdecydował inaczej. Poznała pana Jerzego, a on pomagał rodzicom w domu. Kiedy zmarł ojciec, pan Jerzy musiał przejąć wszystkie obowiązki w gospodarstwie. Chodził do pracy w cegielni, a popołudniami wyjeżdżał w pole. Pani Bronisława nie miała więc wyboru. Przeprowadziła się ze Świerczyny do Bojanic. A wtedy mieli już dwójkę synów. W Bojanicach urodziła się jeszcze córka.
Młodzi pobrali się 20 stycznia 1968 r. Ślub kościelny mieli cztery dni później. Pani Bronisława pozostała z rodzicami w Świerczynie, sądząc, ze tam spędzą całe wspólne życie. Była najmłodsza z jedenaściorga rodzeństwa i nie planowała pracy na roli. A jednak w Bojanicach nauczyła się wszystkiego. Do męża przeprowadziła się w 1972 r. i razem prowadzili to niewielkie gospodarstwo. Mama pana Jerzego przepisała je im w 1980 r. Hodowali więc świnie, uprawiali pola, zawsze mieli kury, króliki, ogród z warzywami i owocami. Jak to na wsi bywa. A pan Jerzy nie przerwał pracy w cegielni. Na krótko przeniósł się do budowy dróg, ale ostatecznie wrócił do cegielni. I pracował tam aż do przejścia na rentę, a potem na emeryturę. Właśnie po przejściu na rentę zbudowali swój nowy dom. Włożyli w to dużo własnej pracy. A wcześniej stawiali stodołę, przybudówkę do chlewni, garaże. Zawsze mieli na co pracować.
Jubilaci wychowali dwóch synów i córkę. Starszy syn i córka zdobyli zawód mechanika - ślusarza. Młodszy syn jest murarzem. Ten młodszy pozostał w domu, nie ożenił się. A pozostała dwójka ma rodziny. Dziadkowie doczekali się piątki wnucząt. Najstarsza wnuczka ma 25 lat, a najmłodsza wnuczka 13 lat. Syn z bliskimi mieszka w Bieżyniu i prowadzi tam z żoną gospodarstw rolne. Przejął też gospodarstwo rodziców w Bojanicach. Natomiast córka mieszka i pracuje w Lesznie. Jak tylko mogę odwiedzają rodziców na wsi.
Jubilaci mówią, że teraz mogliby mieć naprawdę dobrze. Mają swoje emerytury, syn ma rentę, na stałe jest z nimi, mają wygodny dom. Niestety, 10 lat temu pani Bronisława zachorowała. Straciła nogę i od tego czasu jeździ na wózku, Zapewnia, że wokół siebie jeszcze dużo zrobi, ale coraz trudniej jej "prowadzić" wózek. Pan Jerzy więc gotuje, podaje wszystko, pomaga żonie. Jeszcze niedawno pani Bronisława odwiedzała dzieci, ale dziś nie może już wsiąść do samochodu. Ma coraz słabsze ręce. Tak więc ta codzienność nie jest taka pogodna. A mimo to małżonkowie uśmiechają się, chętnie rozmawiają, wspominają swoje życie.
Kiedy więc zapytaliśmy, czy oczekują czegoś od losu, bez zastanowienia odpowiedzi, że zdrowia. Aby nie było gorzej, aby byli razem i aby ciągle mogli się wspierać. A pan Jerzy chciałby zawsze spacerować, jeździć rowerem, zajmować się gołębiami. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak właśnie tego szczerze im życzyć. 

Jubilaci otrzymali, nadane przez Prezydenta RP, Medale za długoletnie pożycie małżeńskie oraz życzenia od władz gminnych.
 



Galeria zdjęć: